Długo nie śpimy.... Spanie w samolocie to nie jest to, co lubię najbardziej... Przestawiamy czas o 4 godziny - na czas turecki.... Jest około 4.30. Stewardzi zaczynają rozdawać śniadanie. Jemy i już około 5.50 szczęśliwie lądujemy na lotnisku Ataturka w Stambule. Mamy tu około 5 godzin oczekiwania. Na szczęście nie jest już tak źle jak podczas przesiadki w drodze do Bangkoku.... Spacerujemy, siedzimy, obserwujemy tablice odlotów...
Tu dość długo oczekujemy na bagaże (polska organizacja pracy...). W tym czasie każdy dzwoni, esemesuje - z informacją, że szczęśliwie dotarliśmy do Starego Kraju :)
W końcu są bagaże.... Wychodzimy do hallu głównego, tłumy oczekujących....
I raptem - co widzę???? Dwie Krakowianki (czytaj: dziewczyny ubrane w kwieciste wianuszki na głowach) witają mnie kajzerką i solą :))))))))))))))))))) Takiego powitania nie spodziewałem się. Komitet powitalny jest po prostu najokazalszy na całym Okęciu :))) Jestem tak zakręcony, że nie wpadam na to, żeby zrobić im zdjęcia.... Ale Nuska i Żmijka - dzięki serdeczne - było mi naprawdę miło :)))))
Następuje najgorsze - pożegnania!!!! Musiało to kiedyś nastąpić :((((
Moje "koleżanki powitalne" pomagają mi wydostać się z Okęcia... Z nimi róznież się żegnam. W końcu odbieram moje autko, za któym tak bardzo tęskniłem ;)))
W miarę sprawnie udaje mi się wyjechać z Warszawy. Postój robię sobie w okolicach Nidzicy, w "Zajeździe pod gołębiem"...
Zamówienie raczej oczywiste: żurek po polsku, pierogi z mięsem i kawa sypana :)))) Niby nie tęskniłem za Polską - ale jednak :)))
Po posiłku rzut oka na okolicę... Na szczęście świeci słoneczko.. Polska złota jesień....
Tak kończy się moja wielka przygoda z Tajlandią....
Pozostają wspomnienia, zdjęcia, nowe znajomości, Rolex, Omega i garnitur a'la Armani :))))